Kanapka z ogórkiem w wersji deluxe.

Kanapka z ogórkiem w wersji deluxe.


Kanapki z serkiem ziołowym, mierzwionym ogórkiem i świeżym koperkiem.

Uwielbiam pięknie podane śniadania, którymi można się delektować bez pośpiechu. Jednak nie oszukujmy się, większość z nas absolutnie nie ma czasu, a często także i ochoty na to, by spędzać długie chwile w kuchni i to od samego rana. Początek dnia to zazwyczaj walka z czasem, a każda sekunda jest tu na wagę złota. Mimo napiętego grafiku nikt nie chce jednak jeść smutnych kanapek z żółtym serem. Zatem idealne śniadanie to takie, które jest pożywne, zdrowe i smaczne, a jego przygotowanie nie zajmuje zbyt wiele czasu. Jeśli szukasz dokładnie czegoś takiego to mam dla Ciebie banalnie prosty przepis na kanapkę z ogórkiem w wersji deluxe. 

KANAPKA Z KOZIM SERKIEM, OGÓRKIEM I KOPERKIEM

SKŁADNIKI:
* ulubiony chleb
* kozi serek do smarowania (można zamienić na klasyczny serek śmietankowy)
* świeży ogórek
* koperek
* sól i pieprz

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Chleb wrzucamy do tostera albo podpiekamy na odrobinie masła na patelni.

Ogórka tniemy wzdłuż, na długie, cienkie plastry, przy pomocy obieraczki do warzyw. 

Chleb smarujemy kozim serkiem, a na nim kładziemy plastry ogórka. Całość doprawiamy pieprzem oraz solą do smaku i obficie posypujemy świeżym koperkiem. 

Niby zwykła kanapka z ogórkiem, a jednak cieszy oko, a przy tym jest wyjątkowo smaczna. Polecam spróbować :)

3 ważne lekcje, które dał mi 2021 rok.

3 ważne lekcje, które dał mi 2021 rok.

3 ważne lekcje, które dał mi 2021 rok.

Dawno mnie tu nie było. Aż trudno uwierzyć, że ostatni tekst opublikowałam ponad rok temu. Choć na co dzień jestem copywriterem to nie ukrywam, że po tak długiej przerwie nie tak łatwo napisać tych pierwszych kilka zdań. W ostatnim czasie skupiłam się na byciu mamą i pochłonęło mnie to bezgranicznie. Jednak przyszedł taki moment, w którym zatęskniłam za pisaniem. Tak właśnie zrodził się pomysł reaktywowania bloga. Pewnie zaraz znajdzie się ktoś, kto powie "przecież blogi się dawno skończyły i nikt ich już nie czyta", ale wcale mnie to nie zraża, bo teksty tego typu słyszę systematycznie od ładnych kilku lat. Tymczasem blogi nadal mają się dobrze. Prawda jest taka, że żadna zewnętrzna platforma nigdy nie przebije posiadania własnego miejsca w sieci, jakim właśnie jest rzeczony blog. Liczne awarie Instagrama czy Facebooka pokazują, że nie są to miejsca w 100% bezpieczne. Tym bardziej że platformy te nie są przecież naszą własnością, a co za tym idzie wszystko, co na nich tworzymy też nie do końca jest w 100% nasze i w każdej chwili to co tam stworzyłyśmy może po prostu zniknąć, a my nie będziemy mogły nic z tym zrobić. Dlatego też blog zawsze będzie moim numerem jeden, jeśli chodzi o tworzenie treści. 

Skoro udało mi się już sklecić tych kilka zdań wstępu to szkoda by było zmarnować okazję, a więc porozmawiajmy przez chwilę o zeszłym roku i o tym, jakie 3 ważne lekcje z niego wyniosłam. 

TWÓJ SUKCES JEST CZYJĄŚ PORAŻKĄ

"Pracuj nad sukcesem w ciszy. Niech krzyczą za Ciebie Twoje osiągnięcia." To jedna z lepszych rad, jaką usłyszałam. Od zawsze dziwiła mnie w Polsce ta nieprawdopodobna zawiść i zazdrość o sukcesy innych. Miałam okazję mieszkać za granicą i ani w Stanach, ani w UK czy Niemczech nie zaobserwowałam tego zjawiska. Wszędzie tam sukcesy innych napędzają ludzi do działania. W Polsce natomiast czyjś sukces jest powodem do wygłaszania niewybrednych komentarzy oraz niczym nieuzasadnionego hejtowania. Tutaj jakby nie ma możliwości, że osiągnęłaś sukces swoją ciężką pracą. Oczywistą oczywistością jest przecież, że skoro posiadasz znaczną ilość pieniędzy to nie ma innej opcji jak to, że je ukradłaś, oszukiwałaś na lewo i prawo albo dostałaś wszystko od rodziców. Nigdy nie zrozumiem motywacji takich ludzi. Za granicą, jeśli osiągniesz swój cel - przy czym nie istotne jest to, czy będzie to kupno domu, czy założenie dobrze prosperującej firmy - Twój sąsiad szczerze Ci pogratuluje, a później sam weźmie się do roboty, bo Twój sukces będzie dla niego inspiracją i motorem napędowym do działania, by dalej się rozwijać. Dlatego nauczyłam się nie wspominać osobom postronnym o moich planach ani projektach, nad którymi obecnie pracuję bądź które zamierzam podjąć. Dziś wiem, że sukces lubi ciszę. 

TOKSYCZNI LUDZIE NIE ZASŁUGUJĄ NA TWOJĄ UWAGĘ

Odkąd pamiętam eliminowałam toksycznych ludzi, ze swojego życia, jak tylko pojawili się na moim radarze. Uważam, że nie ma sensu inwestować swojego czasu w relacje, które nie przynoszą nam żadnych korzyści, a jedynie pozbawiają nas energii. Zdarzają się jednak sytuacje, w których zakładamy różowe okulary i udajemy, że pewnych rzeczy nie widzimy. Robimy tak często, bo dbamy o komfort bliskich nam osób lub po prostu nie chcemy kogoś urazić. Tyczy się to najczęściej naszych najbliższych. Wśród nich toksycznych ludzi niestety nie brakuje. W zeszłym roku ostatecznie zrozumiałam, że nie ma znaczenia kim dla nas jest osoba toksyczna. Nie ważne czy to koleżanka, brat czy teściowa. Ktoś, kto nie szanuje nas ani naszych poglądów. Ktoś, kto obmawia nas za plecami, bo nie ma argumentów, ani odwagi, by powiedzieć nam to w cztery oczy. Ktoś, kto próbuje wpędzić nas w poczucie winy i wywiera na nas niezdrową presję. To ktoś, kto nie zasługuje nawet na sekundę mojej uwagi i nie ma najmniejszego znaczenia jak bliskie relacje powinny nas łączyć w idealnym świecie. 

ZADBAJ O SWOJE BEZPIECZEŃSTWO TWORZĄC PODUSZKĘ FINANSOWĄ 

Ostatnia lekcja 2021 roku jest zdecydowanie tą najważniejszą. Nie ma nic ważniejszego niż dobre zdrowie i poduszka finansowa. Życie bywa nieprzewidywalne, o czym zapewne sama nie raz zdążyłaś się przekonać. Posiadanie funduszu awaryjnego, który bez problemu pokryje nieprzewidziane wydatki, nie tylko zapewnia spokój i bezpieczeństwo, ale przede wszystkim daje niesamowita wolność. 

Tak prezentują się 3 najważniejsze lekcje, jakie dał mi poprzedni rok. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że są to rzeczy oczywiste, ale w codziennym życiowym biegu często zapominamy o sobie i rzeczach dla nas ważnych, a co za tym idzie przymykamy oko na wiele spraw. Powyższe lekcje są dla mnie wyjątkowo ważne, gdyż były impulsem do długo odkładanych przez nas zmian. 

Jakie lekcje przyniósł Ci rok 2021?

Kącik kulturalny - o polskiej kinematografii i nietrafionych wyborach literackich.

Kącik kulturalny - o polskiej kinematografii i nietrafionych wyborach literackich.

 Kącik kulturalny - polska kinematografia i nietrafione wybory literackie.

Nie dość, że luty to najkrótszy miesiąc w roku to mam wrażenie, że ktoś dodatkowo przyspieszył mój zegarek i doba znacząco się skróciła. Nie wiem gdzie ten czas tak goni, ale jeśli pędzi w stronę wiosny to nie będziemy się aż tak mocno gniewać prawda? Skoro jednak luty już za nami to czas na książkowo-filmowe podsumowanie miesiąca.

CO PRZECZYTAŁAM?

Nie wiem, co tu się wydarzyło, ale luty pod względem literackim rozczarował mnie i to bardzo. Moje wybory były tak nietrafione, że chyba gorzej już być nie mogło.

"LŚNIENIE" STEPHEN KING

Kinga albo się kocha, albo nienawidzi. Nie ma tu żadnych półśrodków. Z jego literaturą mam zdecydowanie love-hate relationship. Czasem totalnie mnie zaskakuje genialnością swoich publikacji, a innym razem rozczarowuje i zanudza na śmierć. Po „Lśnienie” sięgnęłam skuszona wieloma pozytywnymi recenzjami. Według znakomitej większości recenzentów to wręcz arcydzieło. Podobno jedna z najstraszniejszych książek Kinga. Fascynująca i zaskakująca. Zastanawiam się więc czy na pewno czytaliśmy tę samą książkę. Muszę przyznać, że czuję się mocno rozczarowana. Miałam się kryć pod kołdrą ze strachu, a tymczasem wiało nudą. King ma to do siebie, że czasem lubi sobie przeciągnąć fabułę do granic możliwości, a tu spokojnie można by obciąć ze 100 stron bez szkody dla całej historii. Trochę emocji dostarcza jedynie sama końcówka, choć jest ona bardzo przewidywalna. Jedynym plusem jest dwuznaczność historii i wątek psychologiczny. Czy główny bohater został opętany, czy może po prostu był obłąkany? Wybór należy do Ciebie.

"JAK ROBIĆ LEPSZE ZDJĘCIA NA INSTAGRAM? PRAKTYCZNY PORADNIK DLA TWÓCÓW I NIE TYLKO." ANIA ULANICKA

To pierwsza publikacja, po którą sięgnęłam, w ramach mojego założenia, że w tym roku stawiam na rozwój osobisty. Poświęciłam temu ebookowi wpis na blogu, dlatego też odsyłam Cię do tego tekstu, by nie powielać treści. Kliknij tutaj, żeby przeczytać co o nim sądzę.

"ACH, TEN CUKIER." ANNA REGUŁA

Dopóki nie zaszłam w ciążę sama zmagałam się z insulinoopornością. Na szczęście przy pomocy dietetyczki udało mi się pokonać chorobę. Po tę publikację sięgnęłam, bo bardzo dużo osób ją polecało. Co prawda mam wrażenie, że o insulinooporności wiem już wszystko, ale zawsze warto sprawdzić, czy nie pojawiły się jakieś nowe informacje i zalecenia. Książka porusza wszelkie kwestie związane z odżywianiem w cukrzycy, insulinooporności i otyłości. Znajdziesz tu wszystkie niezbędne informacje dotyczące tego tematu. Ania wyjaśnia istotne kwestie w sposób wyczerpujący i przystępny dla każdego. Warto przeczytać, nawet jeśli uważasz, że posiadasz już wystarczającą wiedzę. Książka idealnie ją systematyzuje.

"ZBRODNIA WIGILIJNA." GEORGETTE HEYER

To mogła być bardzo dobra książka, ale niestety mocno mnie rozczarowała. Widać tu bardzo wyraźnie inspirację książkami Agathy Christie. Grupa osób zaproszona w jedno miejsce, jedna z nich ginie, a więc mamy do czynienia z klasyczną zbrodnią zamkniętą. Christie jest mistrzynią takich scenariuszy. Czego nie mogę powiedzieć o autorce „Zbrodni wigilijniej”. Całość jest strasznie przewidywalna, a fabuła rozwleczona do granic możliwości. W początkowej fazie czytania zachodziłam w głowę, dlaczego ilekroć sięgam po tę książkę od razu zaczyna chcieć mi się spać. W końcu zrozumiałam, że wieje tu po prostu nudą. Można by z powodzeniem skrócić tę publikację o 1/3, a czytelnik nawet by tego nie zauważył. Rozwiązanie zagadki nie zaskakuje, a fabuła jest poprowadzona w taki sposób, że nawet przez chwilę nie zastanawiamy się kto jest odpowiedzialny za tę zbrodnię, bo najzwyczajniej w świecie wiemy to od samego początku. Ot taka niezbyt udana podróbka twórczości królowej kryminałów.


"RATOWNIK" TOMASZ MITRA

Mam mieszane uczucia, co do tej książki. Naprawdę chciałam, żeby mi się podobała. Lubię literaturę faktu, a ta medyczna zazwyczaj jest bardzo ciekawa. Natomiast „Ratownik” mocno mnie rozczarował. Chyba oczekiwałam po prostu czegoś innego. Zdecydowanie liczyłam na więcej anegdot związanych z pracą ratownika medycznego. Myślałam, że ta pozycja pozwoli czytelnikowi poznać ratownictwo medyczne od drugiej strony. Całość świetnie się zapowiadała. Autor nie przebiera w słowach, choć zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu ostry i wulgarny język – opisuje swoją pracę bez dodatku lukru. Niestety im dalej w las, tym ciemniej. Więcej tu o seksie, narkotykach i imprezach zakrapianych alkoholem niż o pracy medyka. Jeśli więc interesuje Cię coś więcej niż to, co autor robił po godzinach pracy to chyba nie jest to najlepszy literacki wybór.


"PORNO" ROBERT ZIĘBIŃSKI

To jedna z tych książek, która jest nieoczywistym wyborem, jeśli chodzi o moje literackie zainteresowania. Sięgnęłam po nią jednak, bo najzwyczajniej w świecie byłam ciekawa, co można napisać o branży, która w Polsce zdecydowanie jest tematem tabu. Cóż, w tym miesiącu chyba moje książkowe wybory nie były zbyt trafne. Także i ta książka nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Niewątpliwym plusem jest sposób, w jaki autor postanowił zaprezentować temat. Opowiada o branży porno oczami ludzi, którzy zajmują się tym na co dzień, poprzez serię przeprowadzonych z nimi wywiadów. Niestety całość jest monotonna i dość nudna. Każdy z zaproszonych gości wypowiada się w tym samym tonie. Ewidentnie książka była napisana, by udowodnić konkretną tezę. Wydźwięk jest taki, że porno jest demonizowane i nikt nie rozumie ludzi, którzy zajmują się tym biznesem. Zdecydowanie brakuje tu ujęcia tematu od drugiej strony. Wątpię, by ktoś uwierzył, że porno branża nie ma absolutnie żadnych ciemnych stron. Choć rozumiem, że raczej ciężko było dotrzeć do ludzi, którym porno zniszczyło życie i którzy byliby skłonni podzielić się, z szeroką publicznością, swoimi historiami. Potencjał nie został jednak wykorzystany.

"MORDERSTWO NA ŚWIĘTA." FRANCIS DUNCAN

Tak, dobrze widzisz, w lutym przeczytałam aż dwie książki, które z założenia powinny być czytane w grudniu. No cóż, gdzieś się zawieruszyły w czeluściach Kindle, a skoro je odnalazłam to lepiej było przeczytać je teraz niż np. w środku lata. Ta książka ostatecznie przekonała mnie, że fanką świątecznej literatury jednak nie zostanę. Nawet jeśli są to kryminały. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy wszystkie tego typu lektury pisane są przez kalkę. „Morderstwo na święta” bardzo przypomina „Zbrodnię wigilijną” i niestety tak samo wieje tu nudą. Cała historia jest rozwleczona do granic możliwości i nie ma tu mowy o typowym dla kryminałów trzymaniu czytelnika w napięciu. Ponadto rozwiązanie zagadki jest banalne i zupełnie nie zaskakuje, a bohaterowie są płascy i bez polotu. Zdecydowanie szkoda czasu na tę historię.

CO OBEJRZAŁAM?

Luty miał być miesiącem filmowym, ale jak widać nie wyszło. Tylko dwa obejrzane filmy. Niestety po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że polska kinematografia nie umie w audio, a ja nie jestem w stanie zdzierżyć fatalnie nagranego dźwięku. Dobrze, że chociaż Hiszpanie nie zawiedli.

"ZRÓB PORZĄDEK Z THE HOME EDIT."

Oglądanie programów o sprzątaniu to takie moje małe guilty pleasure. Po każdym odcinku mam ochotę od razu rzucić się w wir porządków. Na szczęście szybko mi przechodzi (mówiłam już jak bardzo nienawidzę sprzątać?). „Zrób porządek z The Home Edit” to program, w którym w każdym odcinku Clea i Joanna porządkują przestrzeń w domu jednej ze znanych osób, a także pomagają uładzić otoczenie jednego zwykłego śmiertelnika. Warto obejrzeć, bo można podpatrzeć wiele fajnych rozwiązań, jeśli chodzi o organizację. Kilka pomysłów na pewno wykorzystam u nas w domu. Oczami wyobraźni widzę już te wszystkie pojemniki pięknie oznaczone etykietami. 

"PLAGI BRESLAU."

Technicznie rzecz biorąc ten film nie powinien znaleźć się w zestawieniu. Przyczyna jest prosta – nie obejrzałam go. Wierz mi chciałam, ale jedyne, na co było mnie stać to pierwsze 10 minut. Właściwie to nie spodziewałam się po „Plagach…” zbyt wiele. Myślałam jednak, że najgorsze co wyprodukował Vega to „Botoks”. Tymczasem okazało się, że życie jest zaskakujące i można stworzyć dzieło gorsze niż złe. Pomijam już fakt, że dźwięk nagrywany był chyba kalkulatorem, bo udało mi się zrozumieć może jakieś 10% tego, co mówili aktorzy. A nie przepraszam, co drugie słowo w wypowiedziach bohaterów to, tak ukochane przez Polaków, słowo na K i to akurat, dziwnym trafem, dało się usłyszeć za każdym razem. Gorsza niż dźwięk była tylko gra głównej bohaterki. Ten irytujący sposób mówienia przez zęby – MA-SA-KRA. Szkoda było mojego cennego czasu, by się męczyć i próbować obejrzeć to coś do końca.

"CONTRATIEMPO"

Obowiązkowa pozycja na liście każdego fana kryminałów i thrillerów. Genialnie poprowadzona fabuła, przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Fantastyczne zwroty akcji i ten jakże wyczekiwany twist na koniec. „Contratiempo” jest dowodem na to, że można zrobić świetny thriller i nadać tempo wydarzeniom nie wykorzystując klasycznych tricków znanych z filmów akcji. Nie znajdziesz tu częstych zmian lokalizacji ani przekombinowanych efektów specjalnych. Tak naprawdę najważniejsza część fabuły umiejscowiona została zaledwie w jednym pokoju. Wydawałoby się, że nieustanne odtwarzanie wydarzeń jednego wieczoru sprawi, że całość będzie nudna, a rozwiązanie zagadki oczywiste. Tymczasem historia opowiedziana z kilku perspektyw z każdym kolejnym razem odkrywała nowe zaskakujące fakty, które całkowicie zmieniały nasz punkt widzenia. To kryminał, thriller i film psychologiczny w jednym. Zdecydowanie warto obejrzeć.

To tyle, jeśli chodzi o lutowy kącik kulturalny. Nie był to najlepszy miesiąc pod względem literackim. Mam jednak nadzieję, że w marcu uda mi się wyszukać jakieś perełki.

Daj znać, w komentarzach, co ciekawego ostatnio przeczytałaś i/lub obejrzałaś i co polecasz.
h2owipes vs. WaterWipes. Zamiennik lepszy od oryginału?

h2owipes vs. WaterWipes. Zamiennik lepszy od oryginału?

 Idealny zamiennik dla chusteczek WaterWipes.

Kiedy chodzi o pielęgnację dziecka wychodzę z założenia, że im mniej, tym lepiej. Sama jestem alergikiem więc od dawna staram się wybierać kosmetyki, które mają w sobie jak najmniej chemii i jak najkrótszy skład. Chusteczki nawilżane to jeden z tych produktów, których skład potrafi się ciągnąć kilometrami. Dlatego, od zawsze wiedziałam, że w pielęgnacji synka postawię na tzw. chusteczki wodne. W ich składzie znajdziesz tylko wodę oraz ekstrakt z cytrusów, który działa jak naturalny konserwant.

Najbardziej znane na rynku, w tej kategorii, są chusteczki WaterWipes. Wybraliśmy więc właśnie je. Mieliśmy krótkie przygody z innymi tego typu produktami, ale za każdym razem kończyło się to reakcją alergiczną w postaci zaczerwienionej i podrażnionej skóry. Setki opakowań później zaczęłam się zastanawiać czy nie ma jakiejś alternatywy dla WaterWipes. Cena tych chusteczek jest dość wysoka (13.99 zł za opakowanie 60 szt.), a przy małym dziecku trochę się jednak ich zużywa. To oznacza, że niektórzy zrezygnują z zakupu tylko i wyłącznie ze względu na cenę. Co prawda chusteczki wodne są warte każdej wydanej na nie złotówki, ale rozumiem, że dla niektórych może być to zbyt duży wydatek.

Mam jednak dla Ciebie fantastyczną wiadomość. Znalazłam idealny zamiennik dla chusteczek WaterWipes. Mowa o polskim produkcie - H2OWipes. Powiem więcej - H2OWipes są lepsze od oryginału. Zaraz Ci powiem, dlaczego tak uważam.

CENA

WaterWipes możemy kupić online taniej niż stacjonarnie. Cena w sklepach internetowych oscyluje w okolicach 10-11 zł. H2OWipes dostaniemy już za niecałe 8 zł. Różnica jak widać jest dość znaczna.

DOSTĘPNOŚĆ

To jedyny minus H2OWipes. Nie widziałam ich w sklepach stacjonarnych. Z drugiej strony nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w galerii handlowej, więc może jednak gdzieś są dostępne. W każdym razie w dobie pandemii nasze przyzwyczajenia znacząco się zmieniły. Zakupy online są więc na porządku dziennym. Także chyba nie do końca możemy uznać dostępność za minus H2Owipes.

OPAKOWANIE

W obu przypadkach mamy do czynienia z klasycznym plastikowym opakowaniem. Plusem H2OWipes jest zamknięcie z klapką. Dzięki czemu chusteczki nie wysychają. Jeśli chodzi o WaterWipes to, niestety praktycznie zawsze, po kilku użyciach nie można już ich zakleić. 

I tu i tu zdarza się, że sięgając po jedną chusteczkę wyciągamy ich kilka na raz, ale to chyba ogólna przypadłość wszystkich tego typu produktów.

SKŁAD

Oba produkty nasączone są wyłącznie wodą i ekstraktem z grejpfruta. Znaczące różnice widać dopiero w samej chusteczce. H2OWipes wykonane są w 100% z bawełny, co czyni je całkowicie biodegradowalnymi. Natomiast WaterWipes to 80% poliestru i 20% wiskozy, a więc w większości wykonane są z materiału syntetycznego, co sprawia, że nie są biodegradowalne. Różnice wyczuwalne są w dotyku. H2OWipes są bardziej miękkie i przyjemne dla skóry. Poziom nasączenia chusteczek jest porównywalny. 

Podobno od stycznia tego roku WaterWipes produkowane są w 100% z wiskozy, dzięki czemu one również będą biodegradalne. Póki, co ta wersja nie jest jeszcze dostępna na naszym rynku. Porównanie dotyczy więc opcji, która jest obecnie osiągalna dla polskiego konsumenta.

POZYTYWNE ZASKOCZENIE

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona chusteczkami H2OWipes. Nie sądziłam, że uda mi się znaleźć zamiennik dla WaterWipes, a co dopiero odpowiednik, który jest lepszy od oryginału. W dodatku jest to produkt polski, a w tych trudnych, pandemicznych czasach warto wspierać polskich przedsiębiorców. Z czystym sumieniem polecam. 
Instagramowa foto szkoła, czyli kilka słów o ebooku "Jak robić lepsze zdjęcia na Instagram. Praktyczny poradnik dla twórców i nie tylko."

Instagramowa foto szkoła, czyli kilka słów o ebooku "Jak robić lepsze zdjęcia na Instagram. Praktyczny poradnik dla twórców i nie tylko."

 Jak robić lepsze zdjęcia na Instagram?

Pisałam ostatnio, że w tym roku stawiam na rozwój osobisty. Jedną z dziedzin, w której chciałabym się podszkolić, jest fotografia. Może nie jestem najgorszym fotografem na świecie, ale zdecydowanie daleko mi do ideału. Prawda jest taka, że aby robić lepsze zdjęcia, trzeba je w ogóle robić...a ja ostatnio jakoś totalnie straciłam wenę i każda fotka wydaje mi się beznadziejna. Potrzebowałam więc przede wszystkim inspiracji i motywacji do działania. Właśnie dlatego sięgnęłam po ebooka Ani Ulanickiej.

DLACZEGO AKURAT TA PUBLIKACJA?

Odpowiedź jest prosta - Ania, na co dzień, jest profesjonalną fotografką, a jej konto na Instagramie tętni życiem. Widać w tym wszystkim przemyślaną strategię i pomysł, ale jednocześnie dużo luzu. Obserwuję Anię od dłuższego czasu i podoba mi się jej podejście do biznesu. Na swoim koncie i blogu przekazuje mnóstwo przydatnych wskazówek dotyczących fotografowania oraz prowadzenia własnej firmy. I ja to po prostu kupuję. Byłam pewna, że wybierając tego ebooka, otrzymam pokaźną dawkę wiedzy i inspiracji, czyli dokładnie to, czego w tym momencie potrzebuję. 

CZEGO DOWIESZ SIĘ Z TEGO EBOOKA?

Ebook porusza przede wszystkim kwestie tworzenia contentu na Instagram, ale wiedza w nim zawarta sprawdzi się także, jeśli chcesz się podszkolić w robieniu zdjęć w ogóle. 

Autorka porusza w swojej publikacji następujące kwestie: podstawy fotografii, spójność, obróbka i selekcja zdjęć, stylizacja i kompozycja zdjęć na Instagramie czy planowanie feedu. Pojawiają się tu także: wskazówki jak pozować oraz przegląd aplikacji, z których warto skorzystać i ułatwić sobie w ten sposób pracę. Oprócz tego znajdziesz tu mnóstwo praktycznych porad i trików, dzięki którym nawet największy laik będzie w stanie podszkolić swoje umiejętności. 

CZY BYŁO WARTO?

Znalazłam tu wiele przydatnych informacji dotyczących światła, kompozycji oraz kadrowania. Dowiedziałam się także co nieco o sprzęcie oraz o parametrach i ustawieniach - tak ważnych, kiedy fotografujemy lustrzanką. Koniec z fotografowaniem w trybie auto.

Co do spójności - okazuje się, że można ją osiągnąć nie tylko za pomocą stosowania tego samego filtra dla każdego zdjęcia. Spójność to coś o wiele więcej. Przy czym Ania uświadomiła mi, że spójność to nie wszystko, a jej brak to nie koniec świata. Muszę przyznać, że dzięki tej świadomości coś się we mnie odblokowało i od razu poczułam motywację do działania. Teraz podchodzę do zdjęć na większym luzie i po prostu tworzę content, nie przejmując się, że czasem coś do siebie nie pasuje. 

Dzięki ebookowi dowiedziałam się również jak podkreślić konkretne elementy zdjęcia, ale jednocześnie nie przesadzić z jego obróbką. Bardzo przydatny okazał się także rozdział o stylizacji i kompozycji. W tej kwestii brakowało mi weny i pomysłów. Znalazłam tu jednak wiele przydatnych informacji i konkretnych przykładów, które zainspirowały mnie do działania. 

Pierwszy raz od dawna pstryknęłam fotkę, która naprawdę mi się podoba. Co prawda jeszcze daleka droga przede mną, ale już widzę pierwsze efekty. Jak to mówią - praktyka czyni mistrza. 


ZAKUP, KTÓREGO NIE BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ

Ebook "Jak robić lepsze zdjęcia na Instagram." to aż 149 stron po brzegi wypełnionych wiedzą przedstawioną w bardzo przystępny sposób. Zawarte w nim informacje przydadzą się zarówno komuś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z fotografią, jak i bardziej zaawansowanym użytkownikom. Znajdziesz tu wiele przydatnych porad i trików oraz praktycznych zadań, dzięki którym poprawisz swoje umiejętności i lepiej zaplanujesz działania na Instagramie. Czy może być lepsza rekomendacja? 
Awokado pod pierzynką z ciecierzycy - banalnie proste śniadanie, które zachwyci nawet najbardziej wymagających.

Awokado pod pierzynką z ciecierzycy - banalnie proste śniadanie, które zachwyci nawet najbardziej wymagających.

 Tost z awokado i ciecierzycą.

Poranki to najbardziej zabiegana część mojego dnia. Każda sekunda jest na wagę złota. Przygotowanie śniadania nie może więc zajmować zbyt wiele cennego czasu. Powinno być jednak zdrowe, pożywne i smaczne. Wszystkie te kryteria spełnia mój ulubiony tost z awokado i ciecierzycą. Gwarantuję, że jeśli raz spróbujesz, to danie wejdzie na stałe do Twojego jadłospisu. 

TOST Z AWOKADO, CIECIERZYCĄ I CZARNUSZKĄ

SKŁADNIKI:
* ulubiony chleb (polecam pszenno-żytni)
* awokado 
* ciecierzyca
* sok z cytryny
* olej z awokado
* słodka papryka
* sól i pieprz do smaku

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Chleb wrzucamy do tostera, a w tym czasie widelcem rozgniatamy awokado. Następnie wciskamy odrobinę soku z cytryny i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. Całość mieszamy. 

Ciecierzycę odsączamy, przekładamy do miseczki, a następnie dodajemy odrobinę oleju z awokado, słodką paprykę oraz sól i pieprz. Dokładnie mieszamy i podprażamy na patelni. 

Na posmarowany awokado chleb układamy ciecierzycę. Całość posypujemy czarnuszką i wykończamy odrobiną świeżo zmielonego pieprzu.

Ps. Celowo nie podaję konkretnych ilości danych składników, bo tak naprawdę wszystko zależy od Twojego gustu.